BLOG

Legendarni tatuatorzy cz. 2 Bert Grimm

tattoo

Ludzie kochają kontrowersje. Nieważne czy temat dotyczy sporów religijnych, ust powiększonych do rozmiaru małpiego odbytu, czy zwykłej bójki na ulicy − kiedy nie wiadomo, dlaczego typ A dał typowi B po mordzie. Nie inaczej jest na scenie tatuażu. Parę lat temu hejtowano i zarazem uwielbiano tatuatora kryjącego się pod ksywą Little Swastika, który w ramach wizji modyfikacji swojego ciała amputował palce serdeczne. Teraz wszelakie media rozpisują się na temat usunięcia genitaliów przez pokrytego blackworkiem niejakiego Adama Curlykale. W czasach raczkującej branży tatuażu takim przypadkiem była postać Sailor Jerry’ego (opisywany w poprzednim artykule). Z jednej strony genialny tatuator rewolucjonizujący rynek, a z drugiej gburowaty dupek, wierny jedynie swoim zasadom.

Często skupiamy się jedynie na rozgłosie, szokujących newsach, a nie zwracamy uwagi na jednostki pozornie zwyczajne, które dzięki ciężkiej pracy potrafią wznieść się na wyżyny swoich możliwości i zainspirować wiele osób żyjących dekady po nich.

Przykładem takiej postawy był Bert Grimm – tatuator, który nie jest może tak popularny jak Sailor Jerry, ale większość osób związanych z tatuażem, szczególnie tradycyjnym, chociaż go kojarzy.

Urodzony w 1900 roku w niedaleko Portland, Bert Grimm już jako nastolatek, pod okiem swojego ojca złapał za igły i rozpoczął swoją długoletnią przygodę z tatuażem. W wieku 15 lat uciekł z domu, bo jak sam tłumaczył, nie chciał robić konkurencji staremu człowiekowi.

Karierę zaczynał w wesołych miasteczkach i cyrkach objazdowych. Gdy te zatrzymywały się na sezon zimowy, Bert pracował w przeróżnych studiach w Chicago. W brudnych ulicznych pasażach amerykańskiego miasta poznał wielu ówcześnie kultowych tatuatorów, między innymi: Williama Grishama, Joe Darpela i Percy’ego Watersa. Grimm uczył się od nich wszystkich naraz, co spowodowało, że podszkolił warsztat, ale jego styl był bardzo niespójny. Właśnie ten moment uświadomił mu, że jest po 20-stce, stoi w miejscu i stał się co najwyżej tatuażową kopiarką i to na dodatek średnią. Ta myśl spowodowała, że porzucił swoje dotychczasowe życie z dnia na dzień i zaczął szukać własnej drogi.

Szczęście było po jego stronie. Niedługo po opuszczeniu grupy cyrkowej zaczął praktykować pod okiem Sailor George’a Fosdicka, a następnie Sailor Charliego Barrsa. Obaj panowie byli uważani za mistrzów stylu tradycyjnego, dlatego podczas nauki Grimma pokazywali mu jak zrobić wyraźny kontur, manipulować cieniowaniem. Ogromną uwagę przywiązywali również do kompozycji tatuażu i dobierania miejsca na ciele w taki sposób, aby wzór wyglądał dobrze niezależnie od pozycji, w której znajduje się wytatuowana część ciała. Dzięki swoim nauczycielom, Grimm stworzył własną wersję amerykańskiego tatuażu tradycyjnego − prostszą, z ograniczoną liczbą kolorów, a jednocześnie obfitującą w bardziej różnorodne wzory. Rysunki czaszki przebitej sztyletem z napisem „death before dishonor”, głowa tygrysa o dwuznacznej mimice czy płaczące serce wykorzystywane są po dziś dzień i dalej cieszą się taką samą popularnością.

Po kilkuletniej praktyce Bert założył własne studio w St. Louis, Missouri. Postanowił pracować w dokach, gdzie codziennie masa marynarzy wypływała i wracała na brzeg, często odwiedzając tatuatora. Niedaleko portu znajdował się posterunek wojskowy Jefferson Barracks, skąd żołnierze przyjeżdżali po nowe tatuaże. Dzięki swojej lokalizacji Bert miał idealne warunki do doskonalenia umiejętności.

W niedługim czasie zdobył popularność oraz przybywało mu coraz więcej klientów. Często pracował w pocie czoła przez 7 dni w tygodniu, tworzył mnóstwo flashy, a także starał się jeszcze bardziej wypromować swój salon. Prawdziwe nasilenie nastąpiło w czasie II wojny światowej i wojny z Koreą, kiedy wielkie tłumy ochotników zaciągało się do armii. Aby pokazać swój patriotyzm lub utrwalić imię ukochanej, ustawiali się w długiej kolejce.

Przez dekady studio Berta Grimma odwiedzali nie tylko marynarze i żołnierze. Klientami często bywali cywile z klasy średniej, niejednokrotnie zaskakując tatuatora swoimi pomysłami.

Jeden architekt poprosił o wykonanie pary skarpetek. Innym razem starszy pan chciał wykonać na klatce piersiowej tekst 23. psalmu z ornamentalnymi różami − po śmierci miał leżeć w trumnie, w rozpiętej koszuli, tak żeby można było podziwiać tatuaż. Jeszcze inna sytuacja miała miejsce, gdy Bert wytatuował włosy i brwi zupełnie łysemu mężczyźnie. Kiedy indziej podjął się wyzwania przeniesienia na plecy swojego klienta treści jego ostatniej woli. Aby testament był prawomocny, tatuator musiał nauczyć świadków klienta obsługi maszynki, żeby ci mogli złożyć pod nim własnoręczne podpisy.

Po dłuższej chwili pobytu w St. Louis, kiedy Grimm miał już ustabilizowaną pozycję w świecie tatuażu i uznano go za jednego z najlepszych amerykańskich tatuatorów, wyruszył w dalszą drogę pracując od lat 50. w studiach w San Diego, Long Beach, Portland i Oregonie. W ostatnim z tych miejsc został do końca swojego życia (1985 r.). Mimo, że od jego śmierci minęło ponad 30 lat, dalej inspiruje następne pokolenia tatuatorów. Chociaż sam uważał się za rzemieślnika dbającego tylko o to, żeby maszynka dalej nuciła swoją melodię, a nie artystę, to stanowi doskonały przykład na to, jak ciężką pracą, pokorą i cierpliwością można wybić się w swojej dziedzinie, nie prowadząc przy tym kontrowersyjnego trybu życia.

Tekst Łukasz Jacoszek   

TAGI

#bertgrimm #oldschool #legend #traditionaltattoo #tatuazkrakow