BLOG

tatuaż Kraków , oldschooltattoo

Dawne studia tatuażu.

tattoo

W dzisiejszych czasach jako konsumenci/goście mamy wielki wybór, jeśli chodzi o kupno danego towaru albo usługi. Często zwracamy uwagę nie tylko na jakość produktu, lecz także na obsługę oraz wystrój pomieszczenia. Czytając te słowa pewnie w części z was odezwał się w głowie oburzony głos „Ja tak nie robię!”. Dobra, to załóżmy, że mamy dwie piekarnie, w których sprzedają tak samo dobre bułki z makiem, w tej samej cenie. Pierwszy sklep wygląda w środku jakby orkan Grzegorz zrobił tam sobie pit stop – odrapane ściany, na podłodze śmieci, a zapach unoszący się w powietrzu ciężko nazwać fiołkowym. Za ladą siedzi wkurwiona Pani Marzenka, która klnie pod nosem na twój widok i masz wrażenie, że zaraz napluje ci w twarz. W drugiej piekarni od progu uderza sympatyczna woń chrupkiego pieczywa, ściany wyglądają jak po świeżym remoncie, podłoga lśni niczym w reklamie. Przy kasie stoi uśmiechnięta jak najjaśniejsze słonko Pani Kasia. Pakując bułki, raz zagada, raz rzuci żartem. Wiadomo, że większość z nas wybrałaby drugą z firm. Ponieważ płacąc za coś chcemy, żeby traktowano nas w sposób indywidualny, a nie jak zło konieczne.

Tego typu podejście do klienta, dbałość o szczegóły – nie tylko samego produktu/usługi, ale również jego „otoczki” − stało się nieodzownym elementem każdego biznesu. Studia tatuażu nie są wyjątkiem w tej kwestii. Większość dobrych salonów ma swoje siedziby w centrum lub w okolicy, tak aby już na wstępie przyciągać ludzi atrakcyjną lokalizacją. Wnętrza są zaaranżowane w indywidualny sposób − od kreatywnych, nowoczesnych rozwiązań po klasyczny lub luksusowy wystrój. Oprócz tego, niezwykle istotnym elementem jest czystość panująca w salonach. Najlepiej, żeby pod tym względem było bardziej szpitalnie niż w szpitalach. Używanie jednorazowych narzędzi – dziobów, igieł, rękawiczek oraz specjalistycznych środków do dezynfekcji stanowiska pracy to wymóg nie tylko ze strony ludzi odwiedzających studio, lecz także sanepidu (i zdrowego rozsądku). Podejście do klienta nie musi wyglądać tak jak u wspomnianej Pani Kasi, ale powinno być na odpowiednio wysokim poziomie.

Kilka dekad temu funkcjonowanie studiów tatuażu wyglądało zupełnie inaczej niż ma to miejsce dzisiaj. W amerykańskiej rzeczywistości lat 30. salony zakładano w dużych miastach (zazwyczaj portowych) sąsiadujących z bazami wojskowymi. Najczęściej mieściły się w dzielnicach rozrywki pośród hoteli za kilkanaście centów, tanich barów i burdeli. Wąskie uliczki otoczone pasażami handlowymi, po których szlajali się bezdomni, prostytutki i marynarze szukający rozrywki były elementami miejskiego folkloru, idealnie dopełniającymi krajobraz towarzyszący studiom tatuażu.

W ciasnych i zakurzonych salonach tatuażu często przesiadywali stali bywalcy – marynarze, bezrobotni oraz właściciele okolicznych biznesów. Rozmawiali o swoich przygodach, mimowolnie dostarczając klientom rozrywki i przy okazji duszący tytoniowy dym. Na ścianach wisiały flashe – arkusze papieru z wzorami, tworzone za pomocą farb i tuszu. Projekty wykonywane na zamówienie praktycznie nie występowały, tatuowano to co było do wyboru. Co ciekawe, niektórzy tatuatorzy nie potrafili rysować, więc do stworzenia projektu wynajmowali ludzi, a oni sami jedynie przenosili wzór na skórę. Ewentualnie zamawiali gotowe flashe od nowopowstających firm zajmujących się dostawą sprzętu i akcesoriów do tatuażu – między innymi od Charliego Wagnera lub Percy’ego Watersa.

Prawie każde studio posiadało u siebie tak zwany „pork-chops”, czyli wielki arkusz, na którym znajdowały się specjalnie przygotowane wzory (najczęściej te najpopularniejsze) kosztujące zazwyczaj po 25 centów za sztukę. Nie była to olbrzymia kwota, biorąc pod uwagę, że za posiłek w restauracji płacono około 15 centów. Z drugiej strony czasy były ciężkie, panował kryzys gospodarczy, którego jednym z objawów był krach na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych w 1929 roku. Z racji tego, że bezrobocie było wysokie, prezydent USA Franklin Delano Roosevelt stworzył Cywilny Korpus Ochrony Przyrody - CCC. Był to program socjalny, zatrudniający młodych, bezrobotnych mężczyzn przy budowach dróg lub porządkowaniu terenów zielonych. Młodzi ludzie zarabiali skromne 25 dolarów miesięcznie, z czego ponad połowę musieli wysyłać swoim rodzinom. Nie zmienia to faktu, że „pork-chops” były bardzo popularne wśród chłopaków z CCC, dlatego w dzień ich wypłaty studia tatuażu przeżywały prawdziwe oblężenie. Oczywiście nie brakowało też chętnych na zwykłe flashe, których cena nie przekraczała zazwyczaj 75 centów za projekt.

Jeśli chodzi o higieniczne warunki pracy w studiach to… praktycznie nie istniały. Ówcześni tatuatorzy nie korzystali z jednorazowych rękawiczek, zaczęto je stosować dopiero kilka dekad później. Odkażanie sprzętu lub używanie sterylnych igieł także nie było powszechnym zjawiskiem. Jedynym przedmiotem jakiego używano do oczyszczenia danej części ciała przed, w trakcie i po tatuowaniu, była gąbka pływająca w wiadrze z mieszaniną wody i lizolu. Wiadro zmieniano co 5/6 dni, a gąbka używana do wycierania ciała była wspólna dla wszystkich klientów. Co na to Departament Zdrowia? Raz na jakiś czas pracownik departamentu wpadał do studia, sprawdzał czy tatuatorzy noszą biały fartuch (co raczej każdy olewał) oraz upewniał się czy w wiadrze jest lizol. Natomiast czystość wody niespecjalnie go obchodziła. Pojawiały się jednak osoby, które na widok zatęchłej wody dostawały mdłości i prosiły tatuatora o wymianę na czystą. Krążą opowieści, że standardową odpowiedzią tatuatora było zgaszenie papierosa w wiadrze z jednoczesnym stwierdzeniem: „Zdezynfekowane!”. Śmierdzące gąbki zniknęły dopiero pod koniec lat 50., kiedy zaczęto stosować chusteczki higieniczne. Te z kolei zostały wyparte w 1965 r. przez bardziej chłonne i grubsze ręczniki papierowe.

Salony tatuażu kilkadziesiąt lat temu wyglądały, a przede wszystkim działały w sposób zupełnie inny niż ma to miejsce dzisiaj. Tatuaż był traktowany jako rzemiosło skierowane głównie do wszelkiej maści outsiderów, a nie powszechnie akceptowana forma sztuki. Wszystkie opisane wyżej elementy tworzyły niesamowity klimat, mogący być dzisiaj niecodzienną inspiracją dla artystów, jak również osób prowadzących studia. Oczywiście poza warunkami sanitarnymi.

 

Autor: Łukasz „Jaco” Jacoszek

www.instagram.com/jacojacowski